poniedziałek, 28 września 2009

Czasem się tak zdarza, że Pan Panią ciągnie do ołtarza…

Wesele polskie. Luźne skojarzenia: zabawa, niekończące się zapasy jedzenia i alkoholi, szczególnie tych z etykietką „wódka weselna”, zbyt często podawane ciepłe posiłki, płonąca porcja lodów, rzucanie bukietu/podwiązki/krawata, wodzirej i jego ośmieszające zabawy, parkiet, para młoda lub mniej młoda.

Wesele tureckie. Luźne skojarzenia: brak.

Z takim przygotowaniem, spakowani, udaliśmy się w nasze pierwsze odwiedziny do Mersin, miasta Serap, gdzie zaproszono Nas na typowe tureckie wesele. Turcja, naród barwny, barwne i wesele, to czemu mielibyśmy odmówić?




Na miejscu byliśmy krótko przed tym wielkim wydarzeniem, więc w panice zaczęliśmy typowe dla kobiet (oraz Włochów) przygotowania. Makijaże, fryzury, kreacje. Wszystko to, co przed polskim weselem, tylko w przyspieszonym tempie. Co chwile padały pytania: „czy ktoś widział?”, „to co mam w końcu ubrać”, „lepiej tak, czy tak?” „może mi ktoś pożyczy” /ostatniego nadużywał Salvatore, szczególnie jeśli chodziło o przedmioty typu ręcznik, dezodorant, no tak, zawsze nosimy ze sobą męski!, czy grzebień, bo jak tu nie rozczesać brody?!/

W tradycyjny dla nas sposób, na wesele dotarliśmy w 7 osób samochodem, jedyne istniejące w tej kwestii ograniczenie nie stanowią zakazy, tylko wygoda, 7 osób jeszcze daje radę.



Olbrzymia sala zastawiona białymi stołami przypominała tą w naszej ojczyźnie z MAŁĄ różnicą, stoły były pokryte TYLKO obrusami. Jak coś już na nich leżało to ewentualnie czyjaś paczka chusteczek higienicznych. Przebrnąwszy przez wejście główne zastawione krewnymi Serap, przywitawszy się z każdą babcią, dziadkiem, wnuczką, szwagrem, zięciem, kuzynem, bratem ciotecznym, siostrzeńcem, bratanicą, bratem dziadka czy matką chrzestną /za życia tyle osób nie wycałowałyśmy co tej nocy/, prędko wybraliśmy najdalsze miejscówki. Tak czy siak nie zmieniło to faktu, że stanowiliśmy atrakcję przyrodniczą. Ludzie w sali dzielili się na tych w strojach skrajnie wieczorowych i tych w codziennych. Parę młodą przywitano czerwonym dywanem, latającymi w powietrzu białymi piórami, muzyką, zimnymi ogniami oraz fleszami aparatów. Pierwszy taniec, oczywiście do Whitney Huston z Bodygarda, bo Tarkan by tu raczej nie pasował. Po sprawnym podpisaniu dokumentów w obecności kogoś, kogo my przeoczyłyśmy, para zajęła zaszczytne miejsce z dala od gości i była dla nich jak te figurki na torcie weselnym, możesz popatrzeć, ale przypadkiem nie dotykaj.





Zespół grał wyłącznie muzykę turecką i kurdyjską. Układy choreograficzne nie były zbyt skomplikowane. Kobiety trzymając się za małe palce powolnym krokiem tańczyły coś w stylu zorby, mężczyźni czasem dodawali skoki przez nas zwane góralskimi.

W połowie uroczystości wciągnięto nas w tradycyjny rytuał. Do ręki dostałyśmy białe, plastikowe tacki z kulką zielonej, szpinako-podobnej masy /henny/, w którą wbita była zapalona świeczka. Trzymając ją na dłoni zataczałyśmy okrąg wokół Państwa Młodych. W wybrane kulki wetknięte były również patyczki zimnych ogni dodając tym sposobem element nowoczesności. Wszystko by wyglądało pięknie, gdyby się w pewnym momencie mariolowa tacka nie zaczęła fajczyć. Oczywiście zachowując pozory, dalej tańcząc udało się zgasić mini pożar i skupić na dalszym obrządku. Tacki położono wokół Państwa Młodych, głowę Panny Młodej zakryto zdobionym czerwonym woalem zwanym czerwonym embroided shawl, a jedna z starszych członkiń rodu uklękła przed nimi. Obydwojgu posmarowała dłonie zielonym glutem, obwinęła w białe chusteczki oraz włożyła do zdobionych, czerwonych materiałowych woreczków. I tak zostali do końca imprezy. Serap poinformowała nas, że następnego dnia zielone plamy powinny przemienić się w czerwone. Wierzymy na słowo…



W Turcji nie ma tradycji dawania prezentów Parze. W zamian otrzymują kawałki złota, które potem wymieniają na pieniądze.

Wesele skończyło się przed północą. Z pustymi żołądkami wracaliśmy do domu, ozdobionym samochodem Młodej Pary, zastanawiając się, czy goście naprawdę potrzebowali tylko swojego towarzystwa i muzyki żeby się dobrze bawić. Bo przecież w Europie by to raczej nie przeszło. Już wiemy dlaczego w Turcji robią wesela na 500 osób, ile możesz upchnąć w sali, tyle zaprosisz…




1 komentarz:

  1. no no ładna imprezka, ja tez byłam na weselu, ale jedzenie mam do dzisiaj:P zapraszam na mrożonki:P

    OdpowiedzUsuń