piątek, 30 października 2009

Antepskie Zoo

W zeszły weekend odwiedziliśmy wraz z naszymi tureckimi przyjaciółmi największe w Turcji zoo, które, nota bene, przylega do naszego kampusu. Dotarcie na miejsce nie zajęło nam więcej niż 15 min. Spośród mnogości zwierząt, zwierzątek, rybek, ptaszków, gadków i płazów największą sympatię wzbudziła w nas pełna elegancji i majestatu- żyrafa! Misie jak to misie, leżały zblazowane po obiedzie, lwy i pantera, też były jakieś znudzone. Wilki trochę nadpobudliwe, wielbłądy jak to camele paliły do siebie ponadprzeciętnym uczuciem, kozy, kaczki i króliki to istne bulimiczki tylko z dobrą przemianą materii- niewdzięczne. Ptaszki też nam przypadły do gustu- prezentując szeroką paletę kolorów- zasłużyły na wspomnienie.

Życzymy miłego oglądania :)

P.s. Słoni nie było. Będą za 3 miesiące.

Video #1


Video #2



Foty:


































wtorek, 20 października 2009

Istambuł

Kolejny post znów jest poświęcony konferencjom i miastu na zachodzie Turcji. Istambuł, bajkowa kraina utopii dla ludzi z całej Turcji. Cel wycieczek, studiów, pracy. Niedoścignione marzenie, które okazuje się czymś nierealnym dla przeciętnego tureckiego zjadacza chleba. Gdy w towarzystwie pojawia się nazwa Istambuł ludzie zaczynają wzdychać, przewracać oczami, to taka nasza Ameryka 20 lat temu… Tu możesz wypić piwo, potańczyć, pocałować swoja dziewczynę na ulicy czy iść do McDonalda;) Żeby poznać ten magiczny świat potrzebne są co najmniej 2 tyg., my mieliśmy dwa dni, które w 80% zajęły nam konferencje. Temat konferencji, patrz Bursa. Wymagali od nas wyrażenia własnych poglądów, wyłapania różnic, oceny kultury, ludzi, możliwości. Studenci Erasmusowi z Istambułu nie mogli zrobić tego w tak prawdziwy sposób jak studenci z Gaziantepu (czyt. My), miasta piachu, pistacji, czaju, miasta pełnego Kurdów i pozasłanianych kobiet. Nasza oceny była dość surowa. Wspominałyśmy o bezpieczeństwie na ulicy w nocy czy o poziomie edukacji językowej, ale i zaletach, przywiązaniu do rodziny, przyjaznej atmosferze i niewinnych przyjemnościach, które jak już wspominałyśmy, w Europie zanikają odwrotnie proporcjonalnie do wzrostu ilości knajp przy rynku krakowskim. Po paru godzinach dyskusji i warsztatów, temat został przewałkowany totalnie.

Kolejny dzień konferencji nie należał do nas. Odbyła się z udziałem przedstawicieli prasy z Hiszpanii, Turcji, Niemiec, Anglii, Francji oraz oczywiście Polski. Głos Polski, Konstanty Gebert, dziennikarz i publicysta, w 100% wyraził prosto z mostu opinie, którą podzielamy zarówno my, nasi rodzice jak i polscy przyjaciele. Bo komu w Polsce Turek nie kojarzy się z królem Sobieskim, który przegonił ich spod Wiednia czy z budami z kebabem? No może tym wariatom, którzy tak jak i my, przeprowadzili się do Turcji na okres dłuższy niż wycieczka All Inclusive na riwierze tureckiej. Więc w tym miejscu chciałybyśmy gorąco podziękować oraz pozdrowić naszego Przedstawiciela z Warszawy.

Po odstawieniu drobnej prywaty przejdźmy do przyjemności zachodnio-tureckiego, magicznego miasta. Pierwszego dnia konferencji nagrodzono nas czymś zupełnie wyjątkowym. Kolacja w Kız Kulesi, czyli tzw. Wieża Panny. Pozwólcie, że ponownie zacytuje dobra Ciotkę Wikipedię:

Legenda:

Córce sułtańskiej wyrocznia przepowiedziała śmierć od ukąszenia węża. Przerażony ojciec chcąc uniknąć nieszczęścia postanowił zamknąć córkę w miejscu niedostępnym dla węży i wybrał w tym celu małą wysepkę na Bosforze. Na wysepkę dotarł jednak sprzedawca owoców, od którego panna zakupiła pełen ich kosz. W koszu - pośród owoców - skrył się wąż i tak wyrocznia się spełniła.

Miejsce wyjątkowe szczególnie dla Alicji, ze względu na jej bondową obsesję, ponieważ jeden z epizodów agenta 007 („Świat To Za Mało”) miał miejsce właśnie na tej wyspie. Wieczór równie wyjątkowy, widok mieniącego Istambułu w nocy, zapach morza, muzyka na żywo i tańce miedzy stołami. Takie momenty pozostają wyryte do końca życia.

Ostatniego dnia łaskawie dano nam godzinę na zwiedzenie pałacu Topkapi. Największego, najstarszego pałacu na świecie, który na prośbę Ataturka (tego, którego imię zna każdy, którego twarz można zobaczyć dosłownie wszędzie) zamieniono w muzeum w 1924 roku. Może nie będziemy się tu bawić w przewodnika, bo obłudą byłoby opisywanie szczegółów, których nie miałyśmy szans wychwycić w trakcie tego przyspieszonego zwiedzania. Dlatego w tym miejscu polecamy lekturę najrozmaitszych stron internetowych.

Ponownie powrót do Gaziantepu o 2 w nocy, drzemka w samolocie, dobrze, że Turkish Airlines zapewniają poduszki. I dom, tak to po miesiącu dobre słowo, nie ma jak nasza przytulna, spokojna pustynia.




Some photos:



















wtorek, 13 października 2009

Bursa 6-8.10

Bursa, czyli biedny student na Erasmusie...

Mama mówiła: „nie mieszaj się tam w żadne sprawy polityczne i kulturowe”....
W tym miejscu chciałybyśmy przeprosić nasze kochane Mamy, bo czym innym była konferencja w Bursie o tożsamości, kulturze tureckiej i przystąpieniu Turcji do UE?

Waga całego wydarzenia była spora. Przelot najdroższymi liniami tureckimi, zakwaterowanie w Holiday Inn, śniadania takie, że sklep spożywczy to połowa tego co było na stole, kolacja z Diego Mellado, przewodniczącym do spraw afer politycznych, prasy i informacji. Swoją drogą zrobił na nas wrażenie, pewny siebie, w dobrym garniturze, z głębokim głosem, czyli to co pociąga dziewczyny – władza. W sali gorąco było od dyskusji. Wychwytywaliśmy różnice między Turcją a Europą, edukacją, traktowaniem kobiet, możliwością podróżowania. Sporo tego było, a to wszystko przerabiamy na własnej, bladej skórze. Oczywiście nie zawsze Europa była górą. Europejskie poszukiwanie rozrywki znacznie różni się od tureckiego czaju, czy pachnącej nargile.











































Bursa to przede wszystkim pierwsza stolica Turcji, 4 miasto pod względem wielkości, dość nowoczesne, jednak z piękną, starą architekturą. Osobiście przypadł nam do gustu najbardziej główny meczet. Zestawiając kościół katolicki z takim miejscem najbardziej rzuca się w oczy swoboda, wolność i kierunek modlitwy. U nas wszyscy skierowani są twarzami w stronę ołtarza, siedzą wyprostowani w twardych niewygodnych ławach, a w kościele panuje czysta harmonia. Tutejsze meczety są inne. Przed wejściem ściąga się obuwie, odkłada na mały regalik pod ścianą, gdy jest się kobietą, a tak się składa, że my jesteśmy, głowę zawij się w chustę, oczywiście gdy nie posiada się swojej, przy wejściu czeka sterta kolorowych, wzorzystych szali. Powierzchnia podłogi pokryta czerwonym, dywanem sprawia wrażenie, jakby się wchodziło do wielkiego pokoju, z tą mała różnicą, że na środku może być fontanna, a sufit jest wysoko podwieszony nad głową zakreślając łuki. Kierunki modlitwy są różne, pozycja kontemplacji – dowolna, możesz siedzieć, leżeć, kucać, szpagat robić, wiercić się, nikogo to nie obchodzi, byleby skupienie było możliwe. Modlący wpadają w swoisty stan, taki niby-trans, nie widzą kiedy im się robi zdjęcie, skupieni kontemplują, czytają, modlą się. Można łatwo zauważyć osobną, wydzieloną powierzchnię dla kobiet, odgrodzoną niskim drewnianym płotkiem, oczywiście o polu mniejszym od tego na mężczyzn, wciśnięte w rogu, w najciemniejszym miejscu świątyni. Były też i kobiety modlące się zaraz przy błękitnej fontannie, swoiste rewolucjonistki, w świetle oszklonej kopuły w kolorowych chustach wyglądały pięknie.

Nasza Bursa to nie tylko zabytki, meczety, trudne tematy konferencji. To przede wszystkim nowi przyjaciele z całej Turcji, od wchodu po zachód, od południa po północ. Wystarczyły te 2 dni żeby się do siebie zbliżyć na tyle, że przy rozstaniu pociekły po policzku łzy. Całe szczęście w środę wieczorem, przelot samolotem do Istambułu. Kolejna konferencja, kolejne miejsca, zabytki, meczety, ale Ci sami, dobrzy przyjaciele.

piątek, 2 października 2009

Mersinu ciąg dalszy…

Ponieważ weekend to nie tylko piątkowy wieczór, pozostało nam napisać coś oprócz relacji z tureckiego wesela. Mersin to miasto nadmorskie, liczące ok. 800 tys. mieszkańców. Nie jest tak konserwatywne jak nasz kochany Antep, ma paru blondynów/nek, zdarzają się nawet rudzi i turyści!!! /podobno/. Jednak co jak co, reakcje na nasze dwie blondynki identyczne wszędzie, gdzie oczy tureckie sięgają…















Dziś mijają 3 tygodnie odkąd zamieszkujemy Bliski Wschód, wydawało nam się, że wiemy już sporo, ale kultura turecka jest tak rozległa jak ta pustynia, która nas tutaj otacza.

Dwa dni w Mersin pozwoliły nam zobaczyć dom turecki dosłownie „od kuchni”. Posiłki jada się tu na obrusie rozłożonym na podłodze. Syto zastawiona podłoga, to chyba dobre określenie na to, czego mogliśmy doświadczyć. Niekończący się czaj, pomidory, ostre papryczki, sery białe różnego pochodzenia, oliwki tak mięsiste, że te u nas to przy nich rodzynki, domowy pieczony chleb, konfitury, i co najlepsze, ciepłe placki z białym serem. Tu się zatrzymamy na moment.





Na deser oczywiście coś tak słodkiego, że nasze kubki smakowe zmieniły orientację, jak wrócimy do Polski, to miód najprawdopodobniej będzie dla nas kwaśny.


Bazar to miejsce wręcz pachnące tradycją. Owoce i warzywa dokładnie umyte i poukładane w taki sposób, że żal cokolwiek kupić, żeby nie zaburzyć harmonii. Oczywiście tanio, powtarzające się ceny to 0,5 TL lub 1TL (czyli 1 i 2 zł). Można tu kupić wszystko, ubrania, buty, jedzenie, domowe gadżety, zabawki, tekstylia, dosłownie wszystko. I sprzedawcy wiecznie przekrzykując się, myślą, że tym zwabią klienta, nie odstraszą.













Ostatni dzień spędziliśmy w mieszkaniu nad morzem, u 40-letniego rozwodnika, wujka Serap. Mieszkanie z widokiem, czyli to, co Mariole lubią najbardziej. Sobotnia kolacją przyrządzona przez naszego Włocha, z włoską miłością, spaghetti. Dobre, aczkolwiek brakowało nam wieprzowiny… po powrocie pierwsze co zjemy to chyba będzie kiełbasa...



I odrobina rozrywki, bo człowiekowi też się coś od życia należy...




Niedziela w pośpiechu, powrót do domu luksusowym autokarem, w którym „kelnerka” (elegancki pan) częstuje kawą, sokami, ciastkami, na koniec polewa dłonie płynem odświeżającym. Płyn odświeżający to nic innego jak alkohol wzbogacony o olejki zapachowe. I tak rozgryzłyśmy tajemnicę turecką, dlaczego tutaj nie spożywają alkoholu, oni po prostu często myją ręce i wdychają opary kilkanaście razy dziennie.


Gaziantep 800 m n.p.m., wieje, zimno, ciemno…to już nie nadmorski kurort…