Życzymy miłego oglądania :)
P.s. Słoni nie było. Będą za 3 miesiące.
Video #1
Video #2
Foty:
Perypetie dwóch Mariol - Kamili i Alicji- Krakowianek, które ku zdziwieniu wszystkich, wybrały się na Bliski Wschód w poszukiwaniu prawdziwego kebaba... a przy okazji postudiować w ramach Erasmusa.
Kolejny post znów jest poświęcony konferencjom i miastu na zachodzie Turcji. Istambuł, bajkowa kraina utopii dla ludzi z całej Turcji. Cel wycieczek, studiów, pracy. Niedoścignione marzenie, które okazuje się czymś nierealnym dla przeciętnego tureckiego zjadacza chleba. Gdy w towarzystwie pojawia się nazwa Istambuł ludzie zaczynają wzdychać, przewracać oczami, to taka nasza Ameryka 20 lat temu… Tu możesz wypić piwo, potańczyć, pocałować swoja dziewczynę na ulicy czy iść do McDonalda;) Żeby poznać ten magiczny świat potrzebne są co najmniej 2 tyg., my mieliśmy dwa dni, które w 80% zajęły nam konferencje. Temat konferencji, patrz Bursa. Wymagali od nas wyrażenia własnych poglądów, wyłapania różnic, oceny kultury, ludzi, możliwości. Studenci Erasmusowi z Istambułu nie mogli zrobić tego w tak prawdziwy sposób jak studenci z Gaziantepu (czyt. My), miasta piachu, pistacji, czaju, miasta pełnego Kurdów i pozasłanianych kobiet. Nasza oceny była dość surowa. Wspominałyśmy o bezpieczeństwie na ulicy w nocy czy o poziomie edukacji językowej, ale i zaletach, przywiązaniu do rodziny, przyjaznej atmosferze i niewinnych przyjemnościach, które jak już wspominałyśmy, w Europie zanikają odwrotnie proporcjonalnie do wzrostu ilości knajp przy rynku krakowskim. Po paru godzinach dyskusji i warsztatów, temat został przewałkowany totalnie.
Kolejny dzień konferencji nie należał do nas. Odbyła się z udziałem przedstawicieli prasy z Hiszpanii, Turcji, Niemiec, Anglii, Francji oraz oczywiście Polski. Głos Polski, Konstanty Gebert, dziennikarz i publicysta, w 100% wyraził prosto z mostu opinie, którą podzielamy zarówno my, nasi rodzice jak i polscy przyjaciele. Bo komu w Polsce Turek nie kojarzy się z królem Sobieskim, który przegonił ich spod Wiednia czy z budami z kebabem? No może tym wariatom, którzy tak jak i my, przeprowadzili się do Turcji na okres dłuższy niż wycieczka All Inclusive na riwierze tureckiej. Więc w tym miejscu chciałybyśmy gorąco podziękować oraz pozdrowić naszego Przedstawiciela z Warszawy.
Córce sułtańskiej wyrocznia przepowiedziała śmierć od ukąszenia węża. Przerażony ojciec chcąc uniknąć nieszczęścia postanowił zamknąć córkę w miejscu niedostępnym dla węży i wybrał w tym celu małą wysepkę na Bosforze. Na wysepkę dotarł jednak sprzedawca owoców, od którego panna zakupiła pełen ich kosz. W koszu - pośród owoców - skrył się wąż i tak wyrocznia się spełniła.
Miejsce wyjątkowe szczególnie dla Alicji, ze względu na jej bondową obsesję, ponieważ jeden z epizodów agenta 007 („Świat To Za Mało”) miał miejsce właśnie na tej wyspie. Wieczór równie wyjątkowy, widok mieniącego Istambułu w nocy, zapach morza, muzyka na żywo i tańce miedzy stołami. Takie momenty pozostają wyryte do końca życia.
Ostatniego dnia łaskawie dano nam godzinę na zwiedzenie pałacu Topkapi. Największego, najstarszego pałacu na świecie, który na prośbę Ataturka (tego, którego imię zna każdy, którego twarz można zobaczyć dosłownie wszędzie) zamieniono w muzeum w 1924 roku. Może nie będziemy się tu bawić w przewodnika, bo obłudą byłoby opisywanie szczegółów, których nie miałyśmy szans wychwycić w trakcie tego przyspieszonego zwiedzania. Dlatego w tym miejscu polecamy lekturę najrozmaitszych stron internetowych.
Ponownie powrót do Gaziantepu o 2 w nocy, drzemka w samolocie, dobrze, że Turkish Airlines zapewniają poduszki. I dom, tak to po miesiącu dobre słowo, nie ma jak nasza przytulna, spokojna pustynia.
Some photos:
Dziś mijają 3 tygodnie odkąd zamieszkujemy Bliski Wschód, wydawało nam się, że wiemy już sporo, ale kultura turecka jest tak rozległa jak ta pustynia, która nas tutaj otacza.
Dwa dni w Mersin pozwoliły nam zobaczyć dom turecki dosłownie „od kuchni”. Posiłki jada się tu na obrusie rozłożonym na podłodze. Syto zastawiona podłoga, to chyba dobre określenie na to, czego mogliśmy doświadczyć. Niekończący się czaj, pomidory, ostre papryczki, sery białe różnego pochodzenia, oliwki tak mięsiste, że te u nas to przy nich rodzynki, domowy pieczony chleb, konfitury, i co najlepsze, ciepłe placki z białym serem. Tu się zatrzymamy na moment.
Na deser oczywiście coś tak słodkiego, że nasze kubki smakowe zmieniły orientację, jak wrócimy do Polski, to miód najprawdopodobniej będzie dla nas kwaśny.
Bazar to miejsce wręcz pachnące tradycją. Owoce i warzywa dokładnie umyte i poukładane w taki sposób, że żal cokolwiek kupić, żeby nie zaburzyć harmonii. Oczywiście tanio, powtarzające się ceny to 0,5 TL lub 1TL (czyli 1 i 2 zł). Można tu kupić wszystko, ubrania, buty, jedzenie, domowe gadżety, zabawki, tekstylia, dosłownie wszystko. I sprzedawcy wiecznie przekrzykując się, myślą, że tym zwabią klienta, nie odstraszą.
Ostatni dzień spędziliśmy w mieszkaniu nad morzem, u 40-letniego rozwodnika, wujka Serap. Mieszkanie z widokiem, czyli to, co Mariole lubią najbardziej. Sobotnia kolacją przyrządzona przez naszego Włocha, z włoską miłością, spaghetti. Dobre, aczkolwiek brakowało nam wieprzowiny… po powrocie pierwsze co zjemy to chyba będzie kiełbasa...
I odrobina rozrywki, bo człowiekowi też się coś od życia należy...
Niedziela w pośpiechu, powrót do domu luksusowym autokarem, w którym „kelnerka” (elegancki pan) częstuje kawą, sokami, ciastkami, na koniec polewa dłonie płynem odświeżającym. Płyn odświeżający to nic innego jak alkohol wzbogacony o olejki zapachowe. I tak rozgryzłyśmy tajemnicę turecką, dlaczego tutaj nie spożywają alkoholu, oni po prostu często myją ręce i wdychają opary kilkanaście razy dziennie.
Gaziantep