niedziela, 13 grudnia 2009

Dalej na wschód



Etap 1 Aleppo /Syria/

Aleppo, miasto tysiąca 10-letnich chłopców biegających bez rodziców i otaczających każdego turystę, słynące z wielkiego, tradycyjnego bazaru. My mieliśmy okazję poznać go od zupełnie innej strony - świątecznej. Ponieważ w Polsce grudzień to czas świąt, nam też się tutaj coś należy. Bajram, święto stare i, nie oszukujmy się, prymitywne. Większość stoisk była pozamykana, ciemne uliczki świeciły pustkami. Ale nie wszystkie, skręciwszy w ciemny zaułek znaleźliśmy dosłownie rzeźnię. Bajram to okres zabijania zwierząt i dzielenia się mięsem z rodziną i biedniejszymi. Brzmi jak szczytny cel, ale sposób w jaki muzułmanie zabijają te biedne owce nie mieści się w głowie przeciętnego europejczyka. Zabijanie karpia to przy tym pikuś. A teraz wyobraźcie sobie, ciemna uliczka, zapach śmierci, po chodniku płyną strugi krwi, a w oddali słychać modlitwy odprawiane przy zabijaniu. Zabijaniem zajmują się tylko mężczyźni, między nimi biegają chłopcy z plastikową bronią i udają, że strzelają do spokojnie stojących, czekających na śmierć, owiec. Doświadczenie dla ludzi o mocniejszych nerwach.












Etap 2 Kierunek Liban



Baalbek - Heliopolis



"Bogowie są wielcy a my malutkie"





Bejrut, odczucia zależą od tego, której Marioli się spyta. Jedno jest pewne - Bejrut to miasto kontrastu i taksówkarzy, którzy go w ogóle nie znają. Znalezienie taniego hotelu zajęło nam 3 godziny. Ostatecznie hotel Camile, z łożem małżeńskim i cudownym widokiem na centrum, niestety w oddali. Bejrut nocą to zupełnie nie Liban. Oświetlony bożonarodzeniowo, z luksusowymi hotelami, drogimi samochodami, pięknymi, wyzwolonymi kobietami i przytulnymi knajpkami. W ciągu dnia rozciągające się w nieskończoność wybrzeże z kalifornijskim deptakiem, palmami i ludźmi uprawiającymi jogging. O tym, że to Bliski Wschód, przypominają czołgi stojące na skrzyżowaniach, czy ledwo dostrzegalne stare budynki, z dziurami po kulach, wciśnięte między nowoczesne wieżowce.







Etap 3 Damaszek /Syria/

Stare miasto, dość tłoczne, pewnie z powodu trwającego Bajramu. Olbrzymi meczet z słonecznym dziedzińcem, po którym biegały w skarpetkach dzieci. Wewnątrz ludzie modlący się, płaczący, niczym w transie. Obowiązkowo, turystki wstęp tylko w workowatych płaszczach z kapturem.

Nagrodą dla zmęczonej, antepskiej ekipy była cudowna restauracja, w chrześcijańskiej dzielnicy- dużo przytulniejszej niż muzułmańska, która znajdowała się o rzut kamieniem. Ciężko było ją znaleźć, ale warto było szukać. Dziedziniec przysłonięty materiałowym zadaszeniem, z fontanną na środku, drzewami, winoroślami i wielkim lustrem dający efekt podwojenia powierzchni. Ściany z odbitym śladem perskiej kultury – malownicze freski, które nie uciekły uwadze Marco (archeolog z zawodu). Mnóstwo ludzi, gwar, słodki zapach nargile unoszący się w powietrzu i szum fontanny. Łatwo zapomnieć gdzie się jest i ciężko potem uwierzyć, że dwa dni później podłożono bombę pod irański autokar akurat w Damaszku.












2 komentarze:

  1. A u nas zimna zima :) mało sniegu duzo mrozu, w sen zimowy mogłabym zapaść :) Pozdrowienia dla was :)

    OdpowiedzUsuń
  2. dzięki i również pozdrawiamy :)

    OdpowiedzUsuń